mój rynek

mój rynek

Menu

Get your dropdown menu: profilki

sobota, 10 stycznia 2015

Prawa powszechne i niedoceniane

Na świecie istnieją prawa.

Wiele z nich, po zastosowaniu odpowiednich „procedur” ma przynieść efekt. Istnieją ku temu dowody w postaci konkretnych faktów; istnieją także przesłanki, wzmacniające przekonanie – często także przez presupozycję - iż „tak być musi, a nie inaczej” – i rzeczywiście tak właśnie jest. Można to sprawdzić, co więcej: można podeprzeć daną tezę innymi sprawdzalnymi tezami.
Vilfredo Pareto jest autorem zasady opisującej pewien schemat zjawisk: 80% zasobów powodowane jest przez 20% obiektów. Wielu zna tą zasadę w teorii. Mniej liczna grupa pamięta o niej. Pewnie jeszcze mniej liczba uświadamia sobie i stosuje ją. Jeżeli ktoś ją pojmie, to wkracza do pewnego, na wyrost można by powiedzieć, hermetycznego grona.
William Ockham jest wiązany z inną zasadą, mianowicie: wyjaśniając zjawiska należy dążyć do prostoty, wybierając takie, które opierają się na najmniejszej liczbie założeń i pojęć.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Grudniowy rynek w Gliwicach

Rynek przesłonięty reklamami w dalszej perspektywie prezentuje się ciekawie.



Na piętrze powinna być kawiarnia...

Tłum wokół straganów spowodował turbulencje kamery.



Kolejne różności i niespodzianka z Mikołajem.



Widok od drugiej strony, gdzie pani nalała mi grzańca.




Główna atrakcja:):



Koniec wycieczki- widok od strony ul. Zwycięstwa.

sobota, 6 grudnia 2014

Epizod miłosny, wprawki sprzed wielu wieków

„Epizod miłosny”

Z zachwytem odłożyłem powieść „PiesBaskerville’ów” marząc, aby i mi przydarzyło się coś takiego. Od lat studiowałem nauki ezoteryczne i sporządziłem wiele algorytmów, bazując na najwspanialszych książkach, jakie udało mi się wygrzebać; kojarzyłem uniwersalne prawdy- które uznałem za najskuteczniejsze i za najbardziej intrygujące.

Wierzyłem, iż dzięki mej inteligencji i wiedzy uda mi się zostać kimś w rodzaju czarodzieja. Kontemplując prawdy, niektóre bardzo oczywiste, wnikając w ich sedno na poziomie mistycznym, chciałem poruszyć mechanizmy do których normalny człowiek nie ma dostępu.

Oczywiście nie chodziło tutaj o zostanie magikiem ze spiczastą czapką upstrzoną gwiazdkami. Mam na myśli raczej: być kimś takim jak Sherlock Holmes, ale wzbogaconym o pierwiastek duchowy, dla kogo intuicja  nie jest  uboga kuzynką spostrzegawczości....




Tego dnia wyszedłem z domu około siódmej; poranek uskrzydlał mnie, zawsze wolałem wieczory i noce, ale wolność jaką daje samodzielność otwiera oczy na nowe uroki życia. Nie mogłem pozwolić, aby jakieś niebezpieczeństwo zagroziło rosnącej perfekcji mojego życia i nie mogłem ignorować zadziwiających oznak, przeszłość nauczyła mnie tego, co zresztą stało się przyczyną mojej pasji dotyczącej tajemnej , hermetycznej wiedzy.

piątek, 14 listopada 2014

Zimowa retrospekcja- pierwsze opowiadanie miniatura thriller sprzed 10 lat




Z oddali dom sprawiał wrażenie opustoszałego, brązowe drzewa kontrastowały ze śniegiem, a szarzyzna na niebie, cisza i siatka dookoła budynku powodowały, że obraz wydawał się nieruchomy.
Wystarczyło zrobić kilka kroków w prawo, a przez drzewa prześwitywał biały tynk i widać było drzwi i krótkie schody z drewnianą poręczą, w tle zaświtał jeszcze jeden domek, mniejszy, z mojego okna niewidoczny.
Dom intrygował mnie od dawna, patrząc na niego często myślałem: co dzieje się u sąsiadów...

Sprowadzili się tutaj pod koniec stycznia na miejsce starego Spyrki. Złośliwy starzec wreszcie uwolnił nas od swoich uwag.
Najwidoczniej domek przejęła rodzina bo zjawili się prawie od razu. Przyjechały dwie osoby, chyba para: kobiety i mężczyzna około czterdziestki. Mężczyznę widziałem już kiedyś jak odwiedził starego. Ciekawe, czy ich sposób bycia był podobny.
Spyrka odszedł w nocy, a dwa dni później, pod wieczór, można było dojrzeć czarnego vana VW z dużymi wypukłymi oknami, jakby jego właściciele nie dbali o upływ czasu.

Następnego dnia wracając z najbliższego sklepu zobaczyłem kobietę, jak wyszła na papierosa.
Stała przed domem i wypuszczała kłąb dymu na skuty lodem krajobraz.

-          Trzeba uważać na gardło
-          Taaa, dzień dobry, ukrywam się przed mężem, nie cierpi jak palę.
-          No tak, moja ex też popalała, mam na imię Patryk
-          Anna. – Wyciągnęła rękę i uśmiechnęła się. – Znał pan ojca?

Była dość atrakcyjną brunetką, lekko przy kości.

-          Tak znaliśmy się i często rozmawialiśmy, miły człowiek – skłamałem.

Uśmiechnęła się ponownie, tym razem pod nosem i zgasiła niedopałek kozakiem.

-          Nie mogę uwierzyć, że to zrobił, na starość kompletnie stracił zmysły.
-          Masz jakiś pomysł, czemu zniknął, gdzie może być? – zapytałem.
-          Nie miał żadnych problemów, jak na siedemdziesiąt lat trzymał się bardzo dobrze, bez problemów finansowych ani rodzinnych, samotność?

Towarzyskość Anny i jej sympatyczna powierzchowność kontrastowały z obrazem jej ojca, a może teścia.
Porozmawialiśmy chwilę i szybko się pożegnaliśmy. Wyglądała na dociekliwą osobę, ciekawe czy uda jej się znaleźć odpowiedź !?

-          Może wpadnij do nas, poznasz mojego męża.
-          Nie odmówię. – Byłem bardzo ciekaw jak wygląda domek w środku.




Wioska Orzechów to niespełna sto dymów w najbardziej na północny wschód wysuniętym krańcu Polski. Wprowadziłem się tu dwa lata temu, żeby zadedykować resztę życia mojemu największemu marzeniu: pisaniu … i życiu na wsi na odludziu.
Odpowiadało mi nieduże sąsiedztwo, kilka domów i cisza.
Starego Spyrkę poznałem już następnego dnia po kupnie domu. Wydarł się na mnie, bo nie odpowiadał mu sposób w jaki zaparkowałem swojego Peugeota. Z początku ignorowałem jego ataki słowne, ale później zacząłem być tak samo nieprzyjemny. Ucieszyła mnie więc perspektywa nowych znajomych. Ciekawe czy stary powiedział im o mnie.

Większość ludzi chowała się w domach, ale ja lubiłem polarną scenerię. Zawsze unikałem przeraźliwego słońca, a tu było dużo lasów, cienia i długa mroźna zima.
Ludzie okutani w kurtki, czapy wydawali się spowolnien, a to sprzyjało kontemplacji.
Kupiłem butelkę wódki i powędrowałem do domu, spojrzałem przez okno na zarysy domostwa sąsiadów poczym wyszedłem do małego ogródka za domem, rzuciłem okiem na, przysypane na razie śniegiem, miejsce przy płocie i stwierdziwszy, że wszystko jest po staremu wszedłem do domu.

Po chwili znalazłem się u Anny i jej męża; okazał się uśmiechniętym, o spokojnym usposobieniu, rówieśnikiem żony.
Rozmowa szybko zeszła na temat starego Spyrki. Po wypicie dwóch szklaneczek gospodarze pokazali mi dom.
Minęło już 48 godzin i dawno temu zawiadomili policję.

-          Szukaliście jakichkolwiek śladów, czegoś co może podsunąć jakiś trop?
-          Ależ oczywiście, ale nic szczególnego... tego dnia zrobił zakupy monopolowe, znaleźliśmy rachunek.
-          Hmm. – Zmrużyłem oczy. – No i?
-          Prawdopodobnie coś się musiało stać, codziennie rozmawialiśmy przez telefon, był raczej odludkiem i nie pił, jak wiesz... – Uśmiechnął się Marek.
-          Tak, czyli kupił ten alkohol dla kogoś?
-          Tak, chyba tak.

Dalsza część rozmowy upłynęła w sennej tonacji, przerywanej tykaniem zegara. Dostosowałem się do ich spokojnego sposobu mówienia i po jakichś trzech godzinach pożegnaliśmy się. Anna miała, mimo wszystko, bardziej kłujący wzrok od męża.
Od czasu do czasu wpatrywała się we mnie. Pod koniec zapytała: „ Czy może widziałeś go tego dnia gdzieś?”

-          Niestety nie, no ale na mnie już czas.

Uśmiechy na twarzy i podnieśliśmy się z foteli. Budowanie wizerunku spokojnego i towarzyskiego to podstawa iluzji sąsiedzkiej.

Kolejnego dnia rano przygotowałem łopatę i wykopałem drugi dół w rogu ogródka, tuż obok pierwszego. Tak dla sportu, może zasadzę coś z nastaniem wiosny, ziemię jednak najpierw trzeba użyźnić.
Kopanie zmarzniętej ziemi to nie lada wyzwanie, ale pomagałem sobie butelką, która postawiłem na pieńku do rąbania drzewa.


Następnie wróciłem do domu i zająłem się pisaniem, redaktor gazety z Olsztyna zamawiał u mnie felietony, a pisanie ich odświeżało mój umysł i nadawało solidny grunt pod moją psychikę - tak jak gra w szachy, czy spacery.
Telefon zadzwonił po około dwóch godzinach, byłem wtedy w ferworze pisania, najpierw pierwszy nieoczekiwany, nieprzyjemny dźwięk, który jednak szybko wykrzywił moje usta w grymas zadowolenia.

Anna dzwoniła i pytała, czy może wpaść i zobaczyć jak wygląda moja praca, upiekła ciasto dla kawalera.

Przywitaliśmy się, jakbyśmy się znali od dawna i przy herbacie zaczęliśmy rozmowę; opowiedziałem jej o pracy, tematach felietonów i nowo tworzącej się powieści. Nasze głosy rezonowały w pustawym pokoju, niestety z błogości wyrwały mnie jej pytania odnośnie starego.
Zbliżała się pora obiadu. Czas przygotować świeże mięso.

Wieczorem wysłałem e-mailem gotowy artykuł w pdf-ie i postanowiłem się wybrać do jedynego znajomego w okolicy, człowieka, którego mogłem nazwać przyjacielem.

Miejscowy duchowny prowadzący msze w maleńkiej kapliczce stojącej tuz przy drodze.

Podszedłem wprost do kapliczki i zastałem go w środku podczas rozmowy z pewna staruszką.
Kiedy kątem oka mnie zobaczył, odwrócił się gwałtownie. Zdziwiła mnie ta reakcja, w końcu widywaliśmy się regularnie.
Odczekałem kilka kroków przed wejściem i wkroczyłem kiedy staruszka wyszła.
Podszedł do mnie energicznie i zapytał:

     -     Co się stało? Gdzieś ty się podziewał?
     -     Jak to gdzie?
     -     No nie widzę cię od tygodnia. Stało się coś?

Troska była przyjemna, ale nie rozumiałem o co mu chodzi. Jaki tydzień?

     -    No tydzień, wtedy byłeś tu ostatnio.
     -    Byłem u ciebie?...Zaraz …przedwczoraj, w środę oglądaliśmy mecz.
     -    Tak w środę czyli tydzień temu, piłeś już coś?

Zadziwiające jak łatwo stracić poczucie rzeczywistości, wystarczy zgubić długopis, który wydawałoby się powinien leżeć koło pliku kartek, a jednak go tam nie ma. Zimowa aura sprzyja wyostrzeniu zmysłów i byłem pewien,  że to on się myli.

     -    Jest piątek przyjacielu i składam ci wizytę, ażeby wychylić piątko-wieczornego              
          kielicha.
     -    Patryk jest środa, co robiłeś w tym czasie? Stało się cos?

Spojrzałem na niego przeciągle i zrezygnowałem z dalszej dyskusji. Znałem go dobrze, nie zmyślał ani nie żartował w ten sposób.
Wyszliśmy na zewnątrz i bez słowa skierowaliśmy się do pokoju, który zajmował.



    -     Przypadki utraty poczucia czasu zdarzają się zima częściej, ale nie do tego stopnia. Jak
          można zapomnieć pięć dni?

Nierzeczywistość narastała wokół mnie, ale była przytłumiona i jakby trochę przyjemna.
Dawała wrażenie lekkości i falowania.

     -     Adam, wiesz… nie bardzo wiem jak to wytłumaczyć, ostatnio dużo czasu spędzam
           sam: pisze, gotuję.

Ksiądz patrzył na mnie uważnie i w końcu zapytał:

     -    Czy ostatnio widziałeś się z kimś?
     -    Tak poznałem nowych sąsiadów, wprowadzili się na miejsce Spyrki.
     -    Na miejsce Spyrki?
     -    Tak, wyjechał bez słowa… znikł jak kamfora, jakoś mnie to nie martwi – skwitowałem
          z uśmiechem.
     -    Hmmm… faktycznie nie było go w niedzielę i co już się wprowadzili? Tak szybko?
     -    Chyba tak, zostaną tu chyba na dłużej, zresztą muszą powęszyć.

Tak gawędząc skończyliśmy pierwszą szklaneczkę wódki z sokiem jabłkowym. Potem rozmowa zeszła na inne tematy, a ja powoli zacząłem się zbierać. Prawie zawsze podejmowaliśmy metafizyczne tematy, ale trudno było przejść do porządku dziennego z tym co się stało. Adam patrzył na mnie uważnie, jakby coś nie dawało mu spokoju.
Powrót był całkiem przyjemny, nie czułem mrozu i już zacząłem planować następny dzień.
Kiedy dotarłem do domku, zauważyłem przed wejściem Marka; miał zaniepokojoną twarz i od razu podszedł do mnie.

      -    Nie widziałeś Ani? Nie było mnie cały dzień, sprawdzałem: telefon ostatnia rozmowa           
           była na twój numer.
      -    Mój?
      -    Tak, twój. Co się tu dzieje tak w ogóle?

Spokojnym gestem zaprosiłem go do środka.

      -   Chodź do środka, wytłumaczę ci.

Rozpogodził się, ale natychmiast drgnął i spojrzał mi w oczy. Pchnąłem go lekko do środka. Kiedy weszliśmy, zaryglowałem drzwi.

Marcowe dni są już całkiem długie, a upłynęły już prawie dwa miesiące. Już czas poznać nowych sąsiadów. Patrzyłem na domek, który powoli odtajał i kolejny majaczący w oddali. Zaplanowałem, że wieczorem odwiedzę ich i przywitam po sąsiedzku.

wtorek, 28 października 2014

Gliwickie popisy bębniarskie

Na początek przypomnienie: jak to było latem:


W wykonaniu dziewcząt z L'ombelico del mondo w scenerii nocy letniej słuchało się tego bardzo dobrze.

W piątek natknąłem się na pokaz lekcji bębniarstwa w wykonaniu orkiestry North Texas Drum Line, najlepszej orkiestry marszowej w Stanach. Chciałem porównać do L'ombelico, ale było to trudne nie znając detali rzemiosła.


Kolejne kawałki są w coraz szybszym tempie.

piątek, 24 października 2014

Poczty nie wolno fotografować, bo pershing nie dojdzie

      W czasach socjalizmu funkcjonował zabawny zakaz fotografowania poczty. Ostatnio zostałem zdyscyplinowany dwa razy; raz, kiedy spożywałem napój energetyzująco - uspokajający koloru złota oraz pod centrum Arena, kiedy czekając na osobę robiącą zakupy, postanowiłem pstryknąć kilka fotek ilustrujących kolorowe, wesołe światełka: wesołe mini-miasteczko zabawy.

      Obok mamusie robiły fotki dzieciom.





      W tym momencie podbiegł pan parkingowy i stwierdził, że jest to teren prywatny, a poza tym fotki mogą zostać użyte w niewiadomym celu, ponieważ  nie wiadomo, gdzie się łańcuszek kończy.

Zrobiłem jeszcze 2 zdjęcia:




piątek, 10 października 2014

Sprzeczne teorie

Kodowanie pozytywnych wzorców do podświadomości z pewnością trwa czasami dłuższy czas; w tym okresie konieczne jest metoda, aby nie zwątpić, nie zniechęcić się i nie zobojętnieć na mimo wszystko ezoterycznie brzmiącą „podświadomość”. Najbardziej praktyczną metodą, podawaną przez niektórych autorów, jest metoda małych kroczków: zauważamy pierwsze małe sukcesy i to zwiększa coś, co nazywam „śnieżną kula sukcesu”.
Już samą metodę małych kroczków można traktować jako element złożonego systemu, ale także jako system sam w sobie. Musi on przezwyciężyć: negatywne sugestie otoczenia, brak entuzjazmu, sceptyczne opinie w społeczeństwie. Ilu ludzi naprawdę wierzy, że praca z podświadomością to klucz do sukcesu, że podświadomość to kanał nieskończonej inteligencji, Boskości w nas samych.



Źródło: http://pixabay.com/en/nerves-cells-dendrites-sepia-346928/

W tym momencie pomijam dywagacje: czy na przykład medytacje proponowane przez Josepha Murphy’ego są bardzo skuteczne, czy też stanowią zaledwie początek, coś w rodzaju komputera z lat 80 – tych w porównaniu do dzisiejszych o wiele doskonalszych procesorów. Istotny jest fakt doniosłości nauki o podświadomości, która stanowi wielki element w układance; oczywiście techniki pracy z podświadomością także mogą stanowić element.
Naiwnością byłoby sądzić, iż wszystko można sprowadzić do pracy z podświadomością; zarówno dlatego, iż nawet najbardziej pozytywne wzorce podświadomości nie stworzą idealnego życia same z siebie, jak i dlatego, iż codzienność jest skomplikowana, przynajmniej do takiego stopnia, że wymaga obalenia przeróżnych przeszkód, choćby tych, które podsuwa każdy dzień: jesteśmy poddani takiej masie interakcji, że ciężko zachować jasność umysłu – to znaczy być stuprocentowo przekonany co do słuszności drogi, stuprocentowo czyli nie rozpraszając się. Łatwo nawet wpaść na bardzo niepokojący wniosek: im ktoś bardziej inteligentny tym ma większe wątpliwości (ponieważ bierze pod uwagę więcej elementów) i potrzebuje bardziej skomplikowanego systemu. A stawka jest duża.
Powstaje kolejne pytanie: dlaczego to ma w ogóle działać. Dlaczego cokolwiek w życiu człowieka ma „działać”?
Istnieje wiele przypadków, gdy mamy dwie powszechnie uznane za prawdziwe zasady, a jednak będące ze sobą w sprzeczności, na przykład najprostszy: „początkujący ma zawsze szczęście” (szczęście początkującego) i „żółtodziób musi zapłacić frycowe”.
Które z nich jest prawdziwe, albo które z nich jest bardziej prawdziwe? Dla mnie jest ważne, które z nich mogę użyć, jako element usprawniający mój system. Terminu „nauka” nie używam w znaczeniu zbioru faktów i danych; nie jest to traktat filozoficzny. Praca ma badać wykorzystanie, uaktywnienie siły twórczej, a nie jej opis, czyli mechaniczny opis świata lub mechaniczne przejście od magii (mitologii) do nauki.
Sednem jest szczególne sprzężenie elementów, a nie tylko istota pojęć składających się na element. Poza tym istoty niektórych elementów nie da się wyodrębnić do postaci czystej, na przykład „radości”. Nie istnieje coś takiego, jak radość doskonała, w każdym razie ja nie wiem jak miałaby wyglądać. Ważniejszy jest jej związek z innym elementem. Na przykład: radość i brak wątpliwości (pewność siebie, pewność czegoś): radość ß-à pewność czegoś.



Źródło: http://hr.wikiquote.org/wiki/Platon

Istotą świata poznawalnego zmysłami jest prawdopodobieństwo.
Wszystko jest ideą, ale za ideami „staje się” świat prawdopodobieństw. Celem jest maksymalnego zwiększenie prawdopodobieństwa dojścia do CELU (naszego). Idee, jak twierdził Platon „istnieją”, rzeczy „stają się”.
         System ma mnie zaprowadzić do „rzeczy” ale jest tworzony w oparciu o idee. Prawdziwą ideę nazywam zasadą. System zasad tworzony jest przez sztukę. Sztuka oparta jest na naukowym poznaniu twórczej siły – ale zaczynamy od sztuki. W przypadku gotowego systemu idei (zasad) kluczową sprawą jest oczywiście praktyczna technika, metoda. Nauka dotyczy spraw empirycznych.
Tak więc: czy jest możliwe zwiększenie prawdopodobieństwa do P=1?
Nie wiem. W każdym razie dlatego zaczynam od podświadomości.

Podobna do pytania: „Która z zasad jest bardziej prawdziwa?”, jest dyskusja nad celami innych ludzi, ich negatywnymi sugestiami, blokadami jakie tworzą dla naszych celów. Poza argumentami jakie podałem wcześniej, analizuję kwestię człowieka w społeczeństwie jako jednego organizmu, albo jako jeden z aspektów życia, który Ken Wilber nazwał dolnymi ćwiartkami holonu: owym holonem jestem ja; są nim także moje cele. Skoro moje intencje są słuszne i jestem przekonany, że mój cel jest wielki i szczytny mam prawo oczekiwać, ze natrafię na właściwych ludzi, którzy przetną linie wahadła ustawionego przez moje działania i myśli, mój los.
Potem przechodzę już do czystej praktyki: jak to zrobić, aby całość funkcjonowała, plus oczywiście zdroworozsądkowy egoizm i upartość w dążeniu do celu, które jednak także muszą być rozpisane i sprzężone z resztą – zarówno dla zgodności systemu, jak i spokoju ducha.
Oczywiście sformułowań typu „mam prawo” używam nie uzurpując sobie jakiegoś prawa (boskiego), a jedynie domniemywam, że moje wnioski upoważniają mnie do pewności siebie, przy całym szacunku dla religii i duchowości.

Kodowanie podświadomości przestało być tajemnicą już w roku 1962, kiedy Joseph Murphy napisał: „Potęgę podświadomości”, jak mniemam pozycję najbardziej wpływową w tym temacie.
Tutaj jedynie nadmienię o tym fakcie, bez rozwijania, a to dlatego, ażeby zaznaczyć: taka wiedza już wtedy była do użytku publicznego. Pierwsza książka Murphy’ego unikała nawiązań do duchowości, nie wspominając już o religii; autor wprost stwierdza, że wszelkie przejawy zaskakującej odmiany losu w gruncie rzeczy sprowadzają się do „przekonania” podświadomości. W późniejszych latach Murphy napisał książki w znacznie bardziej bezpośredni sposób odwołujące się do Boga, jak na przykład: „Potęga nieskończonego bogactwa”. Warto jednak zauważyć, iż zaczął od pozycji mniej „religijnej”, i jakkolwiek bardzo jego osiągnięcia byłyby umniejszane przez dzisiejszych guru, zauważył: że to działa. To co wyobrazimy sobie i afirmujemy ma działać!
Nie chcę powtarzać teraz jego wniosków, jeżeli mają być wykorzystane, to jako elementy systemu. Ważne jest stwierdzenie: że podświadomość uaktywnia procesy w życiu człowieka.
Jednym z największych problemów związanych z pracą z podświadomością jest tak zwane: myślenie zadaniowe. Jeżeli potraktujemy kwestię podświadomości w kategoriach: trzeba zrobić to i jeszcze to, to z pewnością opóźnimy efekt, a może nawet go zniweczymy; chodzi tu raczej o transformację emocji (zbudowanie nowych ścieżek neuronowych) – ale to także można stworzyć za pomocą sprzężeń odpowiednio zgromadzonych elementów. Pewnych rzeczy uczymy się w dłuższym czasie, ale nagromadzana wiedza może przyśpieszyć jedynie osiąganie celu, system „ma działać” bez niej.

 Czym jest podświadomość? Definicji istnieje wiele. Dla mnie jest ważna ta, która mi najwięcej daje, przy optymalnym zbadaniu, iż jest prawdziwa. Podobnie jest z wiarygodnością pojęcia „podświadomość” – jakimi autorytetami możemy jeszcze je poprzeć; pojawiają się dwa aspekty: im większy autorytet, tym pewniejszy fundament elementów opartych na tym pojęciu, i pytanie: „Na ile prawdziwość tego pojęcia objawiła się już w moim życiu?”. To pytanie z kolei pociąga następne: „Czy mogę samemu stworzyć przykład działania podświadomości?” i „Jak bardzo mogę wykorzystać to wydarzenie, aby zwiększyć swoją pewność siebie (poprawić nastrój)?".

Tego typu rozważania mogą przypominać buddyjską sieć diamentów o niezliczonych fasetach, gdzie każdy w każdym odbija się po tysiąckroć, lub po prostu „masło maślane”; jedynie nakreślam założenia i paradygmat systemu.


Źródło: http://en.wikipedia.org/wiki/Paradox_of_value

Można także skorzystać z fascynującego doświadczenia. Jeżeli w przeszłości zdarzyło się coś niezwykłego, coś co z pewnością „inni” zlekceważyliby, może nawet uznali za kłamstwo, niedorzeczność, szaleństwo, ale my wiemy, bo doświadczyliśmy tego głęboko, iż pewne mechanizmy zadziałały na naszą korzyść – to możemy założyć, że poznaliśmy wiedzę, w języku potocznym „metodę na osiągnięcie czegoś”, z której możemy stworzyć swoją własną zasadę, a potem „podsystem” do innego, o szerszym zastosowaniu. Oczywiście tworząc tą zasadę należy raczej okroić jej zastosowanie i elementy składowe, aby uchwycić istotę i nie doprowadzić do przerostu formy nad treścią.